SOLID MTB 2026 - Stare Strącze
SAGA RODU SOLIDOWICZÓW
Tom 12
Epizod III
Stare Stracze
Zgodnie z prawem Murphiego: Jak coś zaczyna się dobrze, kończy się źle. Jak coś zaczyna się źle - kończy się jeszcze gorzej.
No więc dzień zaczął się źle. Może po kolei. Lubię chronologię.
Zmiana czasu. Po co nastawiać budzik - przecież obudzę się o szóstej. No obudziłem się o szóstej. "Biologicznej" szóstej. Po nowemu jest siódma. Wyjazd o ósmej. A ja w proszku trochę. Przecież miały być dwie godziny na przygotowanie.
Idziemy dalej. Temperatura - 3 (słownie trzy stopnie). Wróciła trauma z Komornik. Znowu wygrałem casting do głównej roli w powieści Sołżenicyna - "Archipelag Gułag". 37 km - a jakże - pod wiatr.
Pogoda. Zacytuję piosenkę "oprócz błękitnego nieba, nic mi więcej nie potrzeba". Zamiast błękitu - antracyt (my foto znamy się na kolorach - potrafimy nazwać więcej niż trzy). Chmura tak ciężka, że zapakowałem 3 worki na śmieci do plecaka. Moja alfa jeszcze bardziej ode mnie nie lubi deszczu. Do tego w lesie roślinności brak, a ilość światła można porównać do egipskich ciemności.
Nawigacja: w licznik wbiłem trasę dojazdu do Dolska. Dobrze, że 90% trasy jadę na pamięć. Po 20 km jazdy zatrzymałem się bo nie dawało mi spokoju czemu ona mi ciągle wyznacza objazdy. Rok temu pomyliłem miejscówki na trasie. W tym roku pomyłka byłaby na zupełnie inną skalę. Ale w sumie w Dolsku i w Sławie jest jezioro. Kto by się przejmował.
Dojazd na upatrzoną miejscówkę - a jakże, znowu z problemami. Ja w tym lesie jestem jak dziecko we mgle. Dramat. Mój własny trójkąt bermudzki.
Tak więc jak widzicie - nastawienie od rana było takie se. Można powiedzieć, że czułem się źle. Ale w końcu dotarłem na miejscówkę.
I jak zobaczyłem co Was czeka to poczułem się trochę lepiej.
Sprzęt: zabrałem ze sobą obiektyw wielkości RPG. On wymaga takiego dystansu, że spokojnie mogłem zostać w Nowym Strączu. Na rollercoasterze jest strasznie ciasno. Minuty lecą a ja jak John Travolta w tym memie z Pulp Fiction. Stoję i się rozglądam. Ani w prawo. Ani w lewo. Zaczęło się hodowanie paranoi. Bo wiecie. Pszczółka, kwiatek, drzewo, las, zachód słońca, krajobraz wybaczą. Można przyjść jutro. Ale ja nie dość, że fotografuje ludzi - to dodatkowo jutro powtórki nie będzie...
Czekam.... ziemia zimna, mokra. I widzę. Albo nie - słyszę Wasze oddechy. Byłem dość blisko fajnego podjazdu. Wasze oddechy brzmią dramatycznie. Tak dramatycznie, że Łódzka Szkoła Filmowa spokojnie da Wam zaliczenie.
I znowu poczułem się lepiej. Jak to mówią - nic tak nie cieszy jak krzywda ludzka. Jedną ze skuteczniejszych form podnoszenia nastroju jest znalezienie kogoś kto ma gorzej. No to sobie zmalałem...
Mało tego - dzięki Wam na tych podjazdach mogę poszerzyć moją bazę słownictwa o nowe epitety. Epitet - poetyckie określenie rzeczownika, np. "fajny podjazd". W tym miejscu chciałem powrócić do poprzedniego wpisu z Dolska. Czy po dzisiejszej trasie, odnośnie empatii autorów tras coś jeszcze trzeba dopowiedzieć, omówić, wyjaśnić? Wydaje mi się, że kropkę nad i postawili dość wyraźną.
Zaczyna się strzelanie z RPG. Miejsca mało, ziemia mokra, co chwilę spóźniałem kadry. Dawno nie miałem takiego syndromu baletnicy.
Ale koniec marudzenia. Suma summarum jest okej. Złamałem prawo Murphiego. Mamy wpływ na to co się dzieje. Można reagować, adaptować się. Wracać i iść na nową ścieżkę ile tylko trzeba.
Wszystko w naszych rękach (nogach).
@Edit: prawie też zgubiłem rower. Kolor ciemny antracyt - położony gdzieś w krzaki. Chwilę zajęło przypomnieć sobie gdzie mniej więcej leży. Tak to jest jak biega się bez opamiętania po lesie.
Trzeci rozdział: TUTAJ
Zdjęcia w pełnej rozdzielczość: TUTAJ



Uwielbiam czytać te "przygody Adama z ....." :)))))
OdpowiedzUsuń